Czyli Matka, Syn, Córka i pies z kotem.

Stół.

Tekst zapożyczony.

Na motywach opowiadania Iriny Sieminoj. Przekład I.Z.
© Po Pierwsze Ludzie

„Dziennikarz szedł przez szeroki biały korytarz w towarzystwie podobnej do anioła dziewczyny z centrum prasowego.
– Mam na imię Angelika i będę pana przewodnikiem. Może pan zadawać dowolne pytania – w granicach rozsądku, oczywiście, – mówiła dziewczyna. Na głowie miała zgrabny biały czepek z logo Kliniki „Ideał”.
– Co to znaczy „w granicach rozsądku”?
– Nasza klinika celowo została umieszczona w górach, w ustronnym miejscu, – odparła dziewczyna. – Chyba zatem pan rozumie, że nasi klienci wolą zachować anonimowość i nie potrzebują ciekawskich spojrzeń.
– A dlaczego klinika nazywa się „Ideał”?
– Doprowadzamy tu ludzi do normy. Po różnych katastrofach.
– To znaczy macie tu normalną chirurgię plastyczną?
– Nie, nasza praca odbiega od standardów. Żeby poprawić wygląd nosa albo powiększyć biust nie warto wspinać się tak wysoko, prawda?
– Ilu pacjentów może obsłużyć klinka?
– To poufna informacja. Mamy tu wiele poufnych informacji.
– A co z reklamą?
– Nie potrzebujemy reklamy. Wszyscy, którzy mają do nas trafić – trafiają.
Nagle w korytarzu zaświeciły się lampki, zawyły syreny, trzasnęły drzwi.
– Przepraszam, musimy przepuścić lekarzy, – dziewczyna złapała dziennikarza za rękę. – Wygląda na to, że nagła operacja, z wypadku.
Sanitariusze pędzili z noszami, na których leżało coś nieforemnego. Obok biegli lekarze, usiłując działać w drodze na salę operacyjną.
– Przygotować dużą salę! – krzyczał jeden z nich przez telefon.
– Doktorze, tracimy go! – wołał sanitariusz.
Nosze przemknęły obok dziennikarza, a to, co zobaczył – przeraziło go. Pod prześcieradłem zwijała się w konwulsjach jakaś bezkształtna masa i było widać, że cierpi.
– To był człowiek? – zapytał ostrożnie dziennikarz. – Czy to, co z niego zostało?
– To nie jest ważne. Ważne, co możemy jeszcze zmienić. Chodźmy na galerię widokową, będzie pan mógł zobaczyć przebieg operacji i usłyszeć wszystko, co dzieje się na sali.
Z galerii dziennikarz zobaczył, jak na salę wchodzi wysoka niemłoda postać. Poły białego fartucha leciały za nim, układając się na kształt skrzydeł (tak mu się przynajmniej wydawało).
– Główny będzie operował! – oznajmiła radośnie dziewczyna. – No to ma szczęście, wyjdzie z tego!
– A zdarza się, że ktoś nie wychodzi?
– Zdarza się… – westchnęła dziewczyna. – Jeśli ktoś bardzo zaniedba… sam pan rozumie.
Rozpoczęła się operacja. Chirurg zdjął prześcieradło z pacjenta. Dziennikarz złapał się za głowę.
– Kto go tak załatwił???
– Ukochani… Najczęściej to efekt działania ukochanych…
– Ukochanych??? To on kochał maniaka??? Albo maniaczkę???
Ciało leżące na stole operacyjnym zostało umyte, wytarte, rozprostowane i było widać, że nie jest tak źle, jak się wydawało na pierwszy rzut oka. Ale dobrze też nie było. Gdzieniegdzie krwawiły głębokie rany, w niektórych miejscach brakowało sporych fragmentów ciała, a w innych były okropne narośle.
– Co mu się stało? – zapytał dziennikarz. – Wygląda to tak, jakby go poszarpało dzikie zwierzę.
– To „dzikie zwierzę” czasem mylnie nazywają miłością, – odpowiedziała dziewczyna.
– Chce pani powiedzieć, że ta ofiara szalonej piły mechanicznej została zraniona przez miłość?
– Ludzie często zmieniają miłość w piłę mechaniczną. Nigdy pan nie widział?
Dziennikarz chciał zaprzeczyć, ale przypomniał sobie sporo przypadków ze swojej dziennikarskiej praktyki. I z własnego życia… jednak wolał przemilczeć…
– I co teraz będzie? – zapytał, obserwując działania lekarzy, którzy naświetlali leżące na stole ciało jakimś żółtym miękkim światłem
– Teraz leczą duszę, – wytłumaczyła dziewczyna. – To Światło Miłości. Ma moc leczniczą, pozwala duszy się odprężyć, wyprostować, wrócić do naturalnych kształtów.
– A dlaczego te kształty stały się nienaturalne?
– Ktoś długo próbował go zmienić, skroić na własną miarę, – westchnęła dziewczyna. – A on widocznie długo nie uciekał. Kochał pewnie…
– Jak to „skroić na własną miarę”?
– Nie wie pan jak to się robi? Czegoś zakazać, coś narzucić, coś uszczuplić, do czegoś zmusić… A coś całkiem wykorzenić. Coś wyciąć, a coś innego dosztukować. Jednym słowem – przerobić. Ale dusza to nie spodnie – przeróbek nie toleruje. Dusza będzie wciąż od nowa dążyła do powrotu, do swojego pierwotnego stanu, do swoich kształtów. Do siebie.
– Mówi pani kolejny raz o duszy. Ale to przecież niewidoczna i nieodczuwalna substancja?
– Jak to – nieodczuwalna??? Nigdy pana dusza nie bolała? Nie śpiewała? Nie rwała się na strzępy? Nie chciała odlecieć?
– Bywało… – ze zdziwieniem przypomniał sobie dziennikarz. – Wyła z bólu. I tańczyła też.
– A pan mówi, że nieodczuwalna… A co do „niewidocznej”, to przecież leży tam, na stole, sam pan widzi…
– Więc to jest dusza?
– Dusza. Ciałami się nie zajmujemy. Ciała są mocniejsze, a dusze – bardzo wrażliwe. Bardzo. Wrażliwe i podatne na urazy. Kruche takie.
Dziennikarz zamilkł. Patrzył i słuchał, co dzieje się na sali operacyjnej. Chirurdzy byli nader aktywni.
– Poczucie własnej wartości strasznie ucierpiało, – powiedział jeden z chirurgów.
– To nic, podciągniemy, tu i trochę tu, proszę tu złapać, przytrzymać. Szyjemy. Potem, rzecz jasna, długa rehabilitacja, ale zrośnie się…
– A tu dziura… Na wylot! Co ona mu zrobiła?!! Sprawdźcie, proszę, w historii choroby.
– Chciała mu godność usunąć. Tłukła w jeden punkt, długo. Wybiła dziurę. Mam tu napisane: „próbowała zmusić ukochanego do rezygnacji z jego stylu życia”.
– No, to już teraz rozumiem skąd ta deformacja czaszki! Drążyła mu mózg! A po co miał zmieniać styl życia?
– Jak zwykle: coś jej się nie podobało, coś chciała wyprostować, wymodelować… jak zwykle…
– To nie mogła sobie poszukać gotowego obiektu? Żeby pasowało?
– Oni tam na dole najczęściej tak robią. Boją się, że jeśli nie teraz, to nigdy, więc łapią pierwsze z brzegu, co wpadnie w ręce i potem przerabiają pod siebie.
– Ale to przecież jest niebezpieczne! Tak się właśnie kaleczy dusze!
– A kto to będzie o tym myślał! Każdy, rozumiesz, uważa się za chirurga plastycznego…
– Ale czy ona nie czuła, że go boli? Nie chciała odpuścić? Zostawić go w spokoju? Jakże to tak można nienawidzić bliźniego?
– W historii choroby napisane: „bardzo kochała”.
– Tam na dole „kochać” najczęściej znaczy „wychowywać”. Albo „resocjalizować”, – ze smutkiem w głosie wtrącił Główny Chirurg. – Kończcie, panowie, pogawędkę, aurę będziemy naprawiać.
– O cholera! Tu dopiero jest roboty po pachy!
– To nic, większe dziury łataliśmy, – pocieszył Główny. – Zaczynamy od wytworzenia pola.
Chirurdzy stanęli wokół stołu, nakrywając ciało dłońmi.
– Niczego sobie masakra! Nawychowywała się… Przecież tak można człowieka do śmierci doprowadzić! – zdenerwował się dziennikarz.
– Bywa też tak, że doprowadzają, – odparła dziewczyna. – Ale częściej udaje nam się uratować. Klinika „Ideał” – do usług.
– To znaczy, że macie tu chirurgię plastyczną dla poranionych dusz? A ja myślałem, że coś tu udoskonalacie. Nosy, dajmy na to, albo piersi…
– Po co mamy udoskonalać to, co jest doskonałe same w sobie? – wzruszyła ramionami dziewczyna. – Ludzie są tacy śmieszni… Cały czas wydaje im się, że są jacyś nie tacy… Chociaż zostali pierwotnie zaprojektowani jako doskonali.
– Ale człowiek w sposób naturalny dąży do ideału, – zaprotestował dziennikarz.
– Ideał jest tym, co było na samym początku, – uśmiechnęła się dziewczyna. – Wychodzi na to, że człowiek dąży OD ideału w kierunku wymyślonego wzorca. A my to potem rekonstruujemy z powrotem, zgodnie z pierwowzorem. Ratujemy, kogo możemy. Po to jesteśmy, żeby nadlecieć w porę i uratować.
– A skąd wiecie jaki był pierwowzór?
– Główny Chirurg to wie. Widzi pan, jak sprawnie kieruje zespołem? Rzadko operuje osobiście. Tylko najcięższe przypadki. Już pan rozumie?
Dziennikarz spojrzał na nią ze zdumieniem.
– To co ja tu robię??? – zapytał zszokowany.
Po lewej miał drzwi na Oddział Intensywnej Opieki – były zamknięte. Po prawej – drzwi na salę operacyjną, a nad nimi świecący się napis: „Nie wchodzić! Operacja!”
Wzdłuż korytarza tam i z powrotem nerwowo chodziła kobieta. Ręce miała przyciśnięte do piersi, wzrok utkwiony w jakiś odległy punkt, a usta szeptały ledwo słyszalną modlitwę:
– Boże, błagam! Żeby tylko żył! Proszę, zrób tak, by jego serce znowu biło… Słowo honoru, więcej nie będę go męczyć kretyńskimi pretensjami… niech sobie siedzi przy komputerze… niech sobie pisze swoje artykuły, niech jeździ w delegacje, błagam! Niech zapomina wyłączać światło w łazience, niech sobie rozrzuca swoje notesy gdzie popadnie – tylko żeby żył! Może sobie być złośliwy, niech ucieka czasem w swój świat, tylko niech przeżyje, błagam, błagam!
Drzwi się otworzyły i na korytarz wyszedł siwy doktor.
– Jeszcze pani tu jest? No to dobrze. Będzie żył, serducho tylko znoszone… Ale to nic – będzie pani bardziej o niego dbać. Idealny byłby teraz spokój, akceptacja i miłość. Ideału, rzecz jasna, nie ma w naturze, ale należy do niego dążyć. Zapamięta pani? Spokój, akceptacja, miłość. Wówczas będziecie jeszcze żyć długo i szczęśliwie.
– Kropelki pani dam na uspokojenie, – wtrąciła się pielęgniarka podobna do anioła. – Proszę się nie martwić, Główny Chirurg operował – to znaczy, że ma szanse. Wszystko będzie dobrze. Mamy najlepszą klinikę, proszę mi wierzyć”.

Ja jeszcze jestem na TYM stole. Tyle, że przed moją salą operacyjną nikt się nie modli.



2 thoughts on “Stół.”

  • Dziękuję Ci za ten tekst – jest wspaniały! 🙂

    Na koniec zaniepokoiła mnie Twoja adnotacja – Czy Ty już zeszłaś z tego stołu?

    • Dziękuję za zainteresowanie. Główny chirurg pięknie się spisał. Moja dusza, jest pozszywana, chociaż niezrośnięta. Ze stołu zeszłam. Ale wyjść z sali jeszcze nie mogę;)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *