Czyli Matka, Syn, Córka i pies z kotem.

Dowodzik.

Dowodzik.

Prawda jest taka, że nie muszę szukać tematów, żeby coś na blogu się pojawiło. Moje życie, dzieci i cała kołomyja z tym związana dostarcza mi wystarczająco materiału dowodowego.

A właśnie, jeśli chodzi o materiał dowodowy. Sytuacja taka.

Idę po Córkę do przedszkola. Idę, biegnę, bo kurde ciągle wszystko w biegu.

– Dzień dobry! Czy mogę odebrać dziecko? – i wzrokiem szukam młodej po Sali.

– A kim pani jest?

– Matką, tak sądzę. –chciałam powiedzieć, że godżillą pożerającą dzieci, ale moja alternatywna, niepyskata osobowość mnie powstrzymała.

– Ale ja pani nie znam.

– W sumie to ja pani też nie.

– To prawda pracuje tu od niedawna. Czy mogę poprosić pani dowód osobisty? – nosz kurwa, bezprawnie mnie ktoś legitymuje…?

– Te! Ty tam z lewej Córko! Chodź już! – w międzyczasie zawołałam. A do pani pseudoherfliga – proszę zobaczyć na podobieństwo, czy naprawdę nie widzi pani genetycznych braku różnic?

– Faktycznie podobna, ale dowód poproszę.

Na co Córka:

– Ech, Mamunia, widzę, że to dłużej potrwa, idę się ubrać.

 

Podałam Pani dwód osobisty. Pani stwierdziła, że faktycznie ja to ja, a Córka faktycznie podobna do mnie. Dziesięć minut stracone w pizdu. Matkę w przedszkolu wylegitymowali, Córka widocznie za mało podobna jest…

 

A swoją drogą muszę wymienić dowód, to może i nazwisko zmienię? Hę?



Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *