Czyli Matka, Syn, Córka i pies z kotem.

Licznik.

Licznik.

Rok temu o tej samej porze też byłam chora. Też leżałam w łóżku. Tyle, że nie spał obok mnie Syn i Córka. Byli daleko, dalej niż daleko. Byłam zupełnie gdzie indziej, w innym miejscu, państwie, trochę innym świecie.

Też miałam urodziny. wtedy było ciężko, ale dzisiaj też nie było łatwo. Nigdy nie liczę na cuda w tym dniu, nie czekam już na niego jak małe dziecko. Od dawna nic wyjątkowego tego dnia nie cechuje. Po prostu, zwykły dzień. Normalny. Tylko, że dla mnie nie. Powinnam jakoś się cieszyć czy coś…

Moja mama przyjechała do nas, bo Syn chory. BTW – od trzech tygodni mamy maraton chorób. Maraton to dobre określenie. Za dobre.

W pracy ekipa złożyła mi życzenia, było ciekawie, dostałam wypasiony prezent (jak to czytacie – chylę czoła, jest ekstra!). Zrobiłam ciasto, tak zrobiłam, bo nie mogłam upiec, zepsuła się dolna grzałka w piekarniku… niech to szlag jasny trafi. No ale takie robione ciacho tez wszystkim smakowało, tak przynajmniej twierdzili, może z grzeczności, chociaż może jednak nie ;).

I tak na prawdę o moich urodzinach pamiętali tylko Ci najbliżsi. Naprawdę garstka osób z tych, które uważałam za bliskich. Jak bardzo weryfikuje się bliskość osób jeśli usuniesz swoje dane o urodzinach z profilu społecznościowego, to aż zabawne. Jak widać, życie nas uczy w sposób prawidłowy weryfikować ludzi, którymi powinniśmy się otaczać. To był taki prezent ode mnie dla mnie. Jak widać potrzebuję zmian, a to była zmiana idealna.

A z tych wszystkich życzeń najbardziej podoba mi się życzenie zdrowia. Bo zdrowie, jak każdy rodzic wie, jest doceniane wtedy, kiedy dwoje dzieci ma gorączkę powyżej 39 stopni, katar po pas uniemożliwiający oddychanie, plus wszystkie przypadłości związane z takim stanem przez kilka dni z rzędu. W naszym wypadku od trzech tygodni.



Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *